
W końcu udało mi się coś napisać. Nie jest to nic dobrego i nie zdziwię się jeśli trochę się w tym wszystkim pogubicie. Bałagan, bałagan i jeszcze raz bałagan. W moim życiu - na pewno. Klasa maturalna to nic dobrego, dlatego musicie być cierpliwi. Będziemy bazować na przerwach świątecznych i może kolejny rozdział pojawi się szybciej. Oby tak było.
6. Zasługiwała na niego.
Ten dzień z góry wyznaczony został jako wielki dzień, jednak od samego poranka wszystko szło nie po myśli. Huncwoci, którzy do późnej nocy prowadzili burzę mózgów, najzwyczajniej w świecie zaspali. Następnie ledwo patrzący na oczy Lupin założył na lewą stronę niewyprasowaną koszulę Syriusza, a o wszystkim dowiedział się dopiero gdy skończył męczyć się z dopinaniem drobnych guziczków. Przez ten czas Black biegał po dormitorium w poszukiwaniu właśnie tej koszuli co to sobie ją wcześniej przygotował, która notabene była jedyną koszulą nadającą się względem czystości do włożenia. Szukając jej robił tak wielki hałas i harmider, że całkowicie pozbawiał Jamesa możliwości skupienia się. Minęło trochę czasu zanim przypomniał sobie jak się wiąże sznurówki.
Kiedy w końcu udało im się odnaleźć odpowiednia części ubrań, które należały właśnie do nich, okazało się, że z powodu tak ważnego dnia lekcje zostały odwołane. Przypomniało to Jamesowi dlaczego dzień ten jest dniem ważnym i musiał się jeszcze bardziej pospieszyć. Popędził najszybciej jak potrafił do dormitorium po swoją miotłę, potrącając Anne w przejściu przez dziurę za portretem. Przed Wielką Salą przypomniał sobie też, że niczego jeszcze tego dnia nie jadł i gdyby nie Lily, która pędziła za nim z tostem w ręku na pewno głodowałby jeszcze przez długi czas, a przecież za kwadrans zaczynał się pierwszy mecz w sezonie!
- Nie było cię na śniadaniu. – powiedziała, wręczając mu tost w serwetce – Chyba już jest zimny…
Ostatnie słowa powiedziała z zawstydzeniem w głosie. Jamesowi zrobiło się dziwnie na duchu i chyba to dlatego, że Lily Evans nigdy nie przynosiła mu niczego, nawet zimnych tostów. Uśmiechnął się szeroko.
- Będę wypatrywać cię na trybunach.
Lily Evans, stojąc na środku Sali Wejściowej przypatrywała się jak James biegnie z miotłą w ręku w kierunku boiska Quidditcha, którego ona wręcz nie znosiła. Nie miała pojęcia o co w tym wszystkim chodzi, bo nigdy nie chciała tego zrozumieć, choć cieszyła się skrycie jeśli jej dom wygrywał. Tak czy siak było to kilkadziesiąt punktów więcej w konkurencji o Puchar Domów.
Pokręciła głową, bo zanim Potter zdążył zniknąć jej z pola widzenia przynajmniej dwa razy rozczochrał porządnie swoje włosy. Westchnęła i udała się w kierunku trybun, zaciskając zęby postanowiła przetrwać ten mecz.
Prawie wszyscy zgromadzili się już na trybunach, ubrani w barwy domów, wymachujący chorągiewkami, trąbiąc w magiczne vuvuzele. Skrzywiła się, gdyż nigdy nie przepadała za takim harmidrem.
- Evans? – zapytał ze zdziwieniem Black, widząc jak Lily przepycha się jak najbliżej barierki. – Nie mogę uwierzyć, że dobrowolnie przyszłaś obejrzeć mecz.
- Ja też nie mogę w to jeszcze uwierzyć…
Remus przesunął się bliżej Anne, której najwidoczniej bardzo to odpowiadało, by zrobić miejsce dla Lily. Evans usiadła w momencie w którym James jako kapitan wlatywał na boisko, popisując się nowymi wyczynami, zataczając efektowne pętle w powietrzu. Zacisnęła usta, wiedząc, że to nadal ten sam James, który w piątej klasie znęcał się nad Severusem przy jeziorze. Potter, który nieustannie pokazywał innym swoją wyższość nad nimi i, który gonił za nią, wrzeszcząc na całe gardło by się z nim umówiła. Pyskaty, bezczelny, bezpruderyjny James. Tyle, że Rogacz, którego poznała był zabawny, ale nie błaznował, miał o sobie wysokie mniemanie, aczkolwiek subtelnie podkreślał to w żartach i potrafił słuchać…
Zerwała się na własne nogi, kiedy Tatiana, ścigająca Kruponów zdobyła gola, kunsztownie zmylając obrońcę Gryfonów. Zignorowała pytające spojrzenia przyjaciół.
- Nie mogę. – mruknęła zdawkowo – Przeproście go ode mnie.
Mecz toczył się dalej, ale ona obserwowała go jedynie siedząc na błoniach. Doskonale odróżniała szkaradne kropeczki od tych czarno-żółtych. Krukowi prowadzili przynajmniej trzydziestoma punktami. Wiedziała, że James szukał jej wzrokiem, jeśli mogła brać na poważnie jego poprzednie zdanie. Rozprasza się, odrywa od gry przez to, że nie wypełniła tej jednej obietnicy. Nie mogła tam być i pozwolić by obraz Jamesa sprzed lat stanowczo przekreślał Jamesa, którego poznała stosunkowo niedawno.
Ktoś strzelił gola dla Gryffindoru. To była zacięta walka do samego końca. Komentująca mecz Puchonka, która notabene genialnie orientowała się w akcji dodając swoiste, czasami śmieszne, a innym razem zbyt osobiste komentarze. Interwencja profesora Flitwicka była daremna. Zbyt niski wzrost i cienki głos nie pozwalał zapanować mu nad uczennicą, która była w transie swojej pasji.
James Potter okrążał właśnie całe boisko. Jego wzrok starannie przepatrywał trybuny, gdyż jeszcze kilkanaście sekund temu ruda czupryna mignęła mu w okolicach Syriusza, który zamachał w jego kierunku chorągiewką. Lily już tam nie było. Z mocniej bijącym sercem miał nadzieje, że podeszła bliżej, być może aby mieć lepszy widok, ale i tam jej nie znalazł. Dopiero gdy tłuczek świsnął mu tuż obok ucha obudził się i postanowił jak najszybciej skończyć tę zażartą grę.
- DEBORA PRZEJMUJE PIŁKĘ! PODAJE DO TRACY, TRACY LECI W KIERUNKU OBROŃCY KRUKONÓW I… TAK! JEST GOL DLA GRYFONÓW! – dało się słyszeć głos Puchonki.
James, który uważał, że nadmiar kobiet w drużynie zawsze przynosi pecha z dumą obserwował akcję świeżo upieczonych ścigających. Uśmiechnął się z satysfakcją do samego siebie, gratulując sobie wspaniałej taktyki.
- POTTER WYGODNIE TRZYMA TYŁEK NA MIOTLE I NAWET NIE WYSILA SIĘ ABY PATRZEĆ ZA ZNICZEM! CZYŻBY KTOŚ NA TRYBUNACH ZNACZNIE GO ROZPRASZAŁ? NIC RUDEGO NIE PRZYKUŁO MOJEJ UWAGI…
I tym samym momencie Potter wystrzelił w powietrze jak korek od szampana. Złoty odblask raził go przez chwilę w oczy i korzystając z zamyślenia drugiego szukającego postanowił wziąć sprawę w swoje ręce. Jednak po chwili Krukon siedział mu już na ogonie.
Przeklął. Nienawidził sytuacji, kiedy przeciwnik uczepiał się go jak rzep, nie pozwalając na swobodne manewry.
- OBAJ ZOBACZYLI ZNICZA! LECĄ ŁEB W ŁEB! DO ZIEMI POZOSTAŁO NIECAŁE SZEŚĆ METRÓW! POTTER ZŁAP TEGO ZNICZA, BO WSZYSTKIE TWOJE FANKI PODUSZĄ SIĘ Z NAPIĘCIA! JESZCZE TYLKO TROCHĘ… OJ! TO MUSIAŁO ZABOLEĆ…
***
Lydia spojrzała rozmarzonym wzrokiem na młodego Blacka. Pracowicie uzupełniał swoje wypracowanie, raz po raz przerzucając stronę w wielkiej księdze, pozwalając by grzywka opadała mu na oczy. Kiedy się zastanawiał przygryzał wargę w seksowny sposób. Siedziała z dala od niego, nie chcąc mu przeszkadzać, uważnie studiowała podręcznik do Opieki nad Magicznymi Zwierzętami, ale nie mogła się skupić. Po raz setny czytała jedną i tą samą linijkę.
- Czuję na sobie twój wzrok, Lydio. – powiedział powoli Regulus, nie odrywając wzroku od pergaminu – Dosłownie rozbierasz mnie wzrokiem, kobieto.
Tym razem odwrócił się i rzucił w jej kierunku łobuzerskie spojrzenie.
Policzki jej spąsowiały. Uwaga o rozbieraniu zdecydowanie pokrywała się z jej wyobrażeniami. Przeklinała, że nie potrafi ukrywać przed nim swoich myśli.
- Moja matka chciałaby cię poznać. – powiedział szeptem, podchodząc i całując ją wzdłuż linii kości policzkowych, dopiero po chwili odnajdując jej usta – Obiecałem, że znajdziesz dla niej chwilę czasu w święta. Bardzo możliwe, że Carina opora się już ze swoim zadaniem. Obiecano jej mojego brata już bardzo dawno, matka łudzi się, że Syriusz powróci na jasną ścieżkę prędzej czy później. W końcu zawsze lepiej trzymać stronę silniejszych. Wygodniej być po stronie zwycięzców.
Lydia przygryzła wargę. O Blackach słyszano wiele. Szczególnie to, że pani Black to kobieta, której niełatwo zadowolić. Przełknęła głośno ślinę.
- Nie spodobam się jej. – jęknęła cicho
Regulus zaśmiał się cicho, odgarniając jej włosy z czoła.
- Nonsens. Nie masz się o co martwić, wystarczy, że twoje przekonania przypadną jej do gustu, a resztą zajmę się ja. Nie jest mi w stanie niczego odmówić.
Odgarnął kosmyki jej włosów z twarzy i uważnie się jej przyjrzał. Jej piękno nie było takie oczywiste. Zresztą on właśnie za to niebanalne piękno ją podziwiał. Ciemne oczy podkreślały gęste, czarne brwi. Kości policzkowe miała ostro zarysowane, usta jednak wąskie, a skórę bladą. Oczy były w kolorze piwnym z cienką zieloną otoczką. Sprawiała wrażenie zimnej i obojętnej. Jej spojrzenie było ostre i przeszywające, ale kiedy się śmiała rysy twarzy łagodniały. Właśnie taką lubił ją najbardziej – roześmianą.
- Snape nas zabije. – mruknął po chwili – Mieliśmy nie zwracać na siebie uwagi. Mieliśmy…
- … zachowywać się profesjonalnie. – dokończyła cicho i wybiegła z biblioteki zanim zdążył otworzyć usta.
Kopnął w regał i zasyczał z bólu. Kobiety były najbardziej skomplikowanymi istotami jakie tylko zostały wynalezione. Nawet rodzinny skrzat domowy – Stworek, bywał łatwiejszy w zrozumieniu. W przypadku skrzata wiedział chociaż czego może się spodziewać. Lydia była nie do przewidzenia, a coś w środku mówiło mu, że jest gotowa postawić misję ponad ich uczucie.
***
Miała ochotę ze wstydu zapaść się pod ziemię. James zapewne nie był na nią zły, aczkolwiek zawiedzony, a ona… Ona czuła się jak czterolatka. To był jedynie głupi mecz, który mogłaby obejrzeć, zaciskając zęby. Głupia godzina, tylko tyle.
Gryfoni przegrali. Huczała od tego cała szkoła. Nie wiadomo było, czy dlatego, że pierwszy raz w życiu James nie zdążył złapać znicza tuż przed ziemią, czy może z powodu widowiskowego zetknięcia się z podłożem.
Szła korytarzem, bardzo szybkim krokiem, jej szata trzepotała, wprawiając powietrze w ruch. W głowie miała mętlik. Już teraz wiedziała, że cokolwiek to jest, czymkolwiek jest spowodowane, James Potter zajmuje w jej życiu dość dziwną pozycję. Przygryzła wargę na samą myśl odwiedzenia go w Skrzydle Szpitalnym. Mogłaby obdarować go jedynie przepraszającym spojrzeniem.
Zrezygnowała, robiąc gwałtowny zwrot i prędkim krokiem, skierowała się w stronę Wieży. Nie wiedziała, że James oczekuje od niej jedynie obecności.
Niczego już nie była pewna. Nie miała pojęcia jak zwrócić na niego swoją uwagę, jak wzrokiem i dotykiem spowodować, żeby myślał, że jednak jej zależy. Nie chciała obierać tego w słowa, które wiele niszczą.
Była przekonana, że uczucie, którym rzekomo kiedyś ją obdarował, dawno już zniknęło i zamieniło się w czysto przyjacielską relację. Jak bardzo bolałoby ją odrzucenie gdyby tak rzeczywiście było?
Przyjaźń z Jamesem mogła być czymś wielkim. Uwielbiała z nim rozmawiać i śmiać się. Samo przebywanie w jego towarzystwie było dla niej czymś ważnym. Nie umiała powiedzieć czy jest gotowa postawić to wszystko na jedną szalę. Nieodwzajemniona miłość przekreśla wszystko.
- Nie jestem na tyle odważna by podjąć to ryzyko. - pomyślała i rzuciła się na łóżko.
Ten dzień zmęczył ją bardziej niż nie jeden uciążliwy eliksir, który Slughorn kazał przygotować.
Sny bywają wspaniałe, a czasami okrutne. Oniryzm jest tajemnicą tak wspaniałą, że zbytnie zaangażowanie w rozwikłanie zagadki snu bywa niebezpieczne i uzależniające. Człowiek sam do końca nie wie kiedy poświęca się jedynie temu, a jego umysł błądzi nieznanymi korytarzami wiedzy, którą posiądzie. Szczególnie jeśli podświadomość płata nam figle, wyciągając na wierzch nasze najskrytsze pragnienia i zamieniając je, w powodujące tęsknotę serca, obrazy.
Czuła nawet zapach jego perfum, jej palce przeczesały jego włosy, jego dłonie dotykały jej skóry. Orzechowe oczy iskrzyły znajomym ciepłem. Jego oddech na jej szyi łaskotał w przyjemny sposób. I gdy jego twarz była bardzo blisko jej, a jego usta czuła prawie na swoich wargach, wtedy coś miękkiego capnęło ją w twarz. Sen rozpłynął się w oka mgnieniu. Zerwała się zlękniona, a chwilę później uświadomiła sobie, że na jej twarzy wylądowała poduszka.
Całe dormitorium wypełnione było latającym pierzem.
- Uśmiechałaś się przez sen. – powiedziała Inez z szyderczym uśmiechem – Musiało ci się przyśnić coś bardzo przyjemnego.
Lily wzruszyła ramionami.
- Nie mogę sobie przypomnieć. – zmarszczyła brwi, wytężając pamięć.
Pustka i ciemność, a gdzieś w tym wszystkim rzeczywiście wyczuwała odrobinę przyjemności.
Nadal miała mętlik w głowie, którego nie umiała uporządkować. Z jednej strony wiedziała dokładnie czego chce, z drugiej chciała czegoś zupełnie innego, a po trzecie nie chciała tracić niczego, co udało jej się osiągnąć.
Była stuprocentową, skomplikowaną kobietą. Zagubioną w kłębku własnych uczuć. Błądzącą po to, aby trafić do celu. Była Lily Evans, która zawsze dostaje to, na co ciężko pracuje. I była jedną z osób, które jak nikt inny zasługiwały na odrobinę szczęścia. Na męskie ramiona, które okiełzały by jej temperament, spowodowały, że całe życie odwróciłoby się nagle do góry nogami. Zasługiwała na niego.
2006
lipiec (4)
sierpien (3)
wrzesień (3)
październik (4)
listopad (2)
grudzień (2)
2007
styczeń (3)
luty (1)
marzec (2)
kwiecień (2)
czerwiec (1)
wrzesień (1)
październik (1)
listopad (2)
grudzień (2)
2008
styczeń (2)
luty (2)
marzec (2)
kwiecień (1)
maj (2)
czerwiec (1)
sierpien (1)
2009
maj (1)
2011
lipiec (3)
sierpien (3)
wrzesień (1)
październik (1)
brak kategorii (53)
Opowiadanie (0)
wszystkie (53)